Za mną prawie cztery tysiące kilometrów drogi. Zakończyłem przejazd drogą, zwaną Alaska Highway i teraz odmrażam się w Vancouver. Ostatnie tygodnie nie były łatwe, tym bardziej, że po drodze spadł śnieg i zima, jak często w Polsce, zaskoczyła drogowców, przez co warunki na trasie były fatalne. Między Watson Lake a Fort Nelson dwukrotnie spotkałem niedźwiedzie, ale na szczęście, w jednym przypadku był to tylko jeden mały miś, a w drugim, mama z dwójką małych, po prostu wzięła nogi za pas i uciekła do lasu. Oprócz niedźwiedzi każdego dnia mijałem mnóstwo innych zwierząt, które zazwyczaj czmychały na widok dziwnego stworzenia, pedałującego w ich stronę.
W Chetwynd, zupełnym przypadkiem, odkryłem, że w Kanadzie można zanocować w noclegowni dla bezdomnych. Oczywiście, nie jest to żadną rewelacją, że tak bogaty kraj ma noclegownie, ale zaskoczeniem dla mnie był fakt, że i ja, z moim rowerem, mogę uchodzić za przykładnego bezdomnego. Przez dwa dni miałem dach nad głową, strawę i towarzystwo Georga w jednym pokoju.
Im dalej na południe, tym częściej spotykałem się z gościnnością mieszkańców. Zdarzyło mi się zanocować u prawdziwych kowbojów, którzy, kiedy dowiedzieli się, że jestem w Polski, wzięli mnie za komunistę, za którym zaraz przyjedzie rodzina…
Tak naprawdę, żartowali, a ja jestem im bardzo wdzięczny za życzliwość i dach nad głową, szczególnie, że spotkałem ich po bardzo wyczerpującym dniu jazdy… A droga mocno dawała w kość właściwie przez cały czas. Jednego o Kanadzie, przynajmniej o Jukonie i Kolumbii Brytyjskiej na pewno nie da się powiedzieć: nie jest tu płasko! Ciągłe podjazdy i zjazdy, nawet tam, gdzie wydawałoby się, będzie już trochę lżej.
Po kilku dniach odpoczynku w Vancouver czeka mnie kolejny odcinek podróży, tym razem przez USA. Co się wydarzy, jak również
więcej informacji o minionych etapach, można znaleźć na www.onthebike.pl



